DOM – GABINET PSYCHOTERAPII

CISZA – POCZUCIE WŁASNEJ WARTOŚCI

CISZA - POCZUCIE WŁASNEJ WARTOŚCI

Ostatnio myślę, jak to jest, że niekiedy trudniej o wewnętrzną motywację do podjęcia czegoś. (Ten temat motywacji prowadzi mnie do przemyśleń o poczuciu własnej wartości).

Startuje się po raz kolejny np. z nauką języka i po chwili zapału już idzie pod górkę, już się rezygnuje. Osoba zaczyna ćwiczyć, ale dużo czasu nie mija i się wycofuje z podjętych działań. A każde takie wycofanie to potwierdzenie, że: „to nie dla mnie”, że mnie przerasta to zadanie”,  że nie dam rady z wytrwałością, samozaparciem i systematycznością. Jak to jest z tą motywacją?… I myślę, że trudniej jest znaleźć motywację, gdy nosi się w sobie przekonanie: „i tak nie podołam”. 

Mimo różnych sukcesów w życiu (często są to zadania podejmowane, bo motywacja jest z zewnątrz – bo muszę, bo jest czas ograniczony na zrobienie czegoś, bo trzeba studia ukończyć, a nierzadko teraz podyplomowe też, bo trzeba piąć się w karierze, bo ktoś ode mnie czegoś oczekuje…) nosi się przekonanie, że: „się nie da”, „coś mnie przerasta”, „to nie dla mnie”. I do tego dochodzi poczucie, że marnuje się czas na niepotrzebne rzeczy, a można by w tym czasie właśnie próbować działać, iść dalej w podjętych zadaniach. I rodzi się poczucie winy, które zatrzymuje na sobie, że „jestem do niczego”, „nie dam rady” i które wpędza w ślepy zaułek. 

I rodzi się poczucie winy i presja, że jednak „muszę”, „muszę działać”, a nie być tak bezproduktywny. Presja dobija przyjemność. Działa się, bo się musi, a nie dlatego, że czerpie się z tego satysfakcję. I tak się krąg toczy. Ta presja odbija się np.: w dużych wymaganiach wobec siebie i innych, w presji porządkowania… Nawet w sferze duchowej można doświadczać presji- idę do kościoła, bo „muszę”, bo „to jest moje zobowiązanie”. Im większe wymagania wobec siebie stawiam, tym bardziej chcę widzieć siebie, jako taką osobę, która jest bezbłędna, idealna. A rzeczywistość to weryfikuje. Rodzi się wewnętrzne napięcie, które najchętniej by się chciało zagłuszyć.

W tych dużych wymaganiach wobec siebie chce się widzieć tak bardzo siebie jako idealną osobę, że trudno przyznać się niekiedy do tego, że nie jest się właśnie taką. I ciągle trzeba coś sobie i innym udowadniać. 

Łatwiej na pewno osobom odkrywać siebie i cieszyć się sobą, nowymi doświadczeniami, kiedy ma się stabilne poczucie własnej wartości, kiedy na wstępie zadań i nowych wyzwań nie myśli się- „nie dam rady”, „to mnie przerasta”…  

Ale…W CISZY mogę zobaczyć siebie taką jaką jestem. Przeżyć rozczarowanie sobą, bo nie jestem doskonała i nigdy nie sprostam swoim oczekiwaniom i zasmucić się sobą. A równocześnie patrzeć na siebie realnie. I to jest krok do przodu. W sferze duchowej zaczynam widzieć swoją słabość, która nie jest samowystarczalna i potrzebuje Boga. 

W relacjach widzę swoją słabość i mogę być bardziej wyrozumiała dla innych. Godzę się na siebie, bo jestem słaba i godzę się, że inni są słabi. Widzę siebie w swojej słabości i przestaję wymagać od siebie, zaczyna powoli opadać presja. I co dalej ? Nie chcę zostać sama ze swoją słabością. Na tym się chyba droga nie kończy. 

Kiedyś czytałam, że słabość potrzebuje miłości. Że im bardziej jestem samowystarczalna (trochę jak w relacjach) nie dopuszczę innych do siebie, nie dam się pokochać. Słabość jest miejscem spotkania z miłością. Kwiat w słońcu, jak człowiek w miłości dojrzewa. I trzeba najpierw zobaczyć swoją słabość i zmierzyć się z tym, że nie jestem doskonała. To takie pragnienie, żeby mama, tata, wzięli słabe dziecko w ramiona i powiedzieli: „Wszystko będzie dobrze. Jestem z Toba. Wspieram Cię. Nie jesteś sam/sama”. Żeby się zaopiekowali. 

Przecież w Piśmie Świętym jest, że mamy być jak dzieci. Dziecko jest słabe i dlatego tak bardzo potrzebuje kogoś. Może trzeba szukać Ramion Boga. Miłość jest drogą. Mogę siebie przyjąć i zaakceptować, bo czuję się kochana. I w miłości dojrzewam i miłość daje chęci, siłę i motywację. Nie muszę czuć presji i na sobie i na innych jej wywierać. 

A swoją drogą myślę, że najbardziej stabilne poczucie własnej wartości mieli, mają święci. Widzieli siebie takimi jacy są faktycznie i tym bardziej ich serce było otwarte na Miłość. Nawet osoby wychowane w dobrych i bezpiecznych, czułych i pełnych miłości środowiskach, z wysokim poczuciem własnej wartości mogą niedomagać w jakiś sferach…Bo jesteśmy ludźmi obciążonymi grzechem pierworodnym i w nas jest korzeń grzechu. I on w jakiś sposób, zawsze będzie się przebijał i wychodził. 

Grzech pychy, który mówi nie potrzebuję Boga, jestem wielki/wielka. A uznając swoją słabość, nie walczę z grzechem i złem w sobie, ale wpadam w Ramiona Ojca, który kocha. Tak jak sucha gleba pragnie wody tak słabość miłości. Bez miłości Boga, którą przyjmuję zawsze to co ciemne będzie się przebijać. Im bardziej uznaję swoją słabość, nie czując się wielką, nie siląc się na bycie bezbłędną i idealną, tym bardziej żyję w Miłości.

Scroll to Top